RSS
poniedziałek, 05 czerwca 2017
PRACUJĄC Z MĘŻEM - CZYLI JAK NIE SKOCZYĆ Z BALKONU. PORADNIK DLA POCZĄTKUJĄCYCH.

12717496_747419482060323_5333520973824879514_n

„Wolałbym skoczyć z balkonu, niż pracować z Żoną. Ale jak wolisz.” Tak powiedział mi kiedyś kolega z pracy.
Z balkonu nie skoczymy, bo mieszkamy na parterze, więc skutki skoku byłyby raczej zabawne, niż dramatyczne. Ale wspólna praca niesie ze sobą pewne atrakcje, które zawierają w sobie niebezpieczeństwo uzależnienia od validolu.
Oto krótki spis zasad, w większości pisany z punktu widzenia żeńskiego, bo tylko takie doświadczenie mogę Wam zaserwować. Ale może kiedyś mi się uda namówić Męża, żeby napisał swój poradnik :)

Po pierwsze pamiętaj – Twój partner nigdy dotąd nie oglądał Cię w sytuacji szefowej.
Dotąd zawsze byliście dla siebie jakąś parą zwierzątek – misiami, kotkami.  No co najwyżej wydrą w związku z prosięciem. Ale nigdy dotąd nie wydawałaś lub nie wydawałeś swojemu małżonkowi poleceń generowanych przez Twój Dział.

Działy! To podstawa i dwa brzegi Rowu Mariańskiego, który musicie wykopać między sobą, jeśli chcecie przetrwać. Ustalcie dobrze zakres obowiązków i kompetencje.  I ani palca za miedzę, bo rozwód!
Ważny jest też sposób komunikowania się. Oto przykład, jak pisać do siebie wewnątrz firmowe maile zachowując dobre stosunki małżeńskie.

Adresat : dział foto
Temat: Zdjęcia z sesji letniej

Kochanie, zdjęcia wyszły wspaniale.
Popraw proszę kadry, bo nie widać na niektórych zdjęciach ubrań, o które nam chodziło.
Ale portrety naprawdę udane, modelka będzie Ci wdzięczna.

Kocham Cię,

Szefowa Działu Projektowania.

Dobrze Wam radzę – zastosujcie ten system pochwalić – opieprzyć -pochwalić, a będzie Wam dane.
Pamiętajcie też, że Wasz Dział jest z zasady ważniejszy. I dlatego Waszym powołaniem jest wymagać, wymagać i jeszcze raz wymagać!

Po drugie – nigdy nie siedźcie w jednym pokoju! Dzięki temu unikniecie przykrych niespodzianek – wy nie zobaczycie, jak on krzywi się na widok waszego najnowszego projektu, który mu wysłaliście, a on nie zobaczy waszego fejspalma po przejrzeniu podglądu zdjęć.
Ta niewiedza zdecydowanie przysłuży się Waszemu małżeństwu. To mogę obiecać.

Po trzecie – nie rozmawiajcie. Wysyłajcie sobie maile i gadajcie na messangerze. Dzięki temu Wasz dzień upłynie w ciszy i spokoju. Unikniecie jednej wielkiej burzy i kilku zachmurzeń. A poza tym możecie pracować słuchając muzy! Słuchawki na uszach to też znakomite alibi, bo zawsze po półgodzinnym wywodzie z drugiego pokoju możecie zawołać „ Co mówiłeś kochanie? Nie słyszałam, bo miałam słuchawki na uszach!”

Po czwarte – nie wtrącaj się. Bo i po co? Najpierw i tak będzie uparty, a potem i tak zmądrzeje. Szkoda czasu. I tak wiesz, że masz rację.

Z rad dodatkowych mogę powiedzieć,  że stanowczo dobrze jest dbać o to, aby rano przebierać się z pidżamy w jakiekolwiek ubranie i czasem też się myć.
Jak wiem, że nie ma już potrzeby, bo kolegów z pracy nie ma, a mąż już jest złapany. Ale jednak piszę to do przemyślenia.

A na serio? Jak pracować z Mężem i nie skoczyć z balkonu?

Jak wiecie prowadzimy razem z Marcinem firmę Hultaj Polski. Więc wiemy co nieco o wspólnej pracy :)

Poważnie potraktować rozdział o kompetencjach, to z pewnością. A poza tym starać się pamiętać, że kiedyś, wcale nie tak dawno temu, patrzyłyśmy na tego gościa z zachwytem. I ten zachwyt wcale nie musi być przeszłością. Jest Waszym Mężem. A przecież byle kto by nim nie był :) Tylko dobry, twórczy i mądry facet. Często też zdolny i pracowity.
Nie zapominajmy o tym. I nie zapominajmy Mu o tym czasami powiedzieć. A wtedy praca ułoży się sama. Obiecuję :)

szczesliwi

16:56, zigzac1
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 maja 2017
Dzień z życia Projektanta :)

 

Ze specjalną dedykacją dla tych, którzy marzą o tym zawodzie i lubią projektować ubrania. :)


Jest 6:30 rano. Jednym ruchem ręki wyłączam budzik. Od razu zasiadam do sprawdzania maili. Natręctwo? Pracoholizm? Prawdopodobnie. Ale takie życie.
Dziecko do szkoły, kanapki, lista zakupów. Prędko, prędko, jak najprędzej.

O dziewiątej powinien pojawić się pierwszy post na Fejsie. Szybki rzut oka na pogodę - zimno, więc post o kapturach. A może o płaszczu Revolter? Albo o płaszczu sukiennym...Zajmę się tym za moment.
Rozczochrana docieram do łazienki, jednak w tym samym czasie dzwoni domofon. W pidżamie, na bosaka, biegnę i otwieram. Siódma rano. Idealna pora na kuriera!

– Co Pan ma dla mnie tak rano? – pytam ledwo przytomna.
– Paczuszkę, proszę pani, paczuszkę. – odpowiada z uśmiechem facet w żółtej koszulce.

Sprawdzam: zwrot towaru. Nie ma to jak dobry początek dnia...

Kieruję kroki z powrotem do łazienki. Może uda mi się chociaż uczesać. Ale świat mnie podgląda i wie lepiej, bo właśnie dzwoni telefon.
Pracownia. Zabrakło czarnego neoprenu na spódnice Revelka, a właśnie dziś mieliśmy je szyć. Rewelka. Zaciskam zęby i patrzę na zegar. Kwadrans po siódmej - za wcześnie na telefon do Uli, żeby kupiła belkę. Zapisuję zamówienie na kartce.

Przy okazji zauważam zabazgraną wczoraj kartkę. Zapomniałam, że muszę poprawić błąd w tabelce! Zanotowałam to sobie, a dziś oczywiście uciekło mi z głowy. Znowu spojrzenie na zegar i szybka kalkulacja – teraz albo nigdy. Potem już nie dam rady. Siadam więc i poprawiam.

Jednak gdy komputer jest już włączony, wylewa się na mnie dodatkowo cała masa maili i wiadomości:
„Dzień dobry, wczoraj dzwoniłam...”
„Czy mógłbym przesłać ofertę...”
„Czy mogę prosić o informację, jak przebiega realizacja...”

Aaaaa!!!!
Przebiegam oczami i czuję, że siły mnie już opuszczają. A przecież dopiero 7:45.
Jeszcze nawet nie zaczęłam!
Poprawiam tabelki, jednocześnie sprawdzając leżące na biurku zabazgrane kartki:
– Spotkanie o trzynastej.
– Napisać w sprawie pokazu mody.
– Odwołać sesję na plaży, bo za zimno.
Ósma wybija i wraca Marcin. W rękach ma reklamówki z zakupami. Z kolei ja nadal rozczochrana, ale chociaż ubrana. W tym momencie nie jesteśmy chwilowo małżeństwem, tylko współpracownikami, więc nie uśmiechamy się tak często, jak  o poranku.



Po chwili każde z nas wraca do swoich maili.
Siedzimy w sąsiednich pokojach, ale klikamy do siebie na Fejsie. Mniej słów - efektywniej i szybciej.
Maili w skrzynce ubywa, już tylko 94 nieotwartych. Uff...Jestem do przodu.
O cholera! 9:30! Zapomniałam o Fejsie! Prędko wrzucam posta o czapkach Hultajkach. Nie mija sekunda, jak zaczynają pikać wiadomości:

– Masz błąd w poście. Popraw. –Marcin pisze z sąsiedniego pokoju.
– Masz błąd w poście. Popraw. – to Ula, jeszcze z domu.

Poprawiam. Fatalnie, już zmniejszyłam docieralność do zainteresowanych o połowę. Masakra.
Dzwoni telefon.

-Nie wiem, czy mnie Pani pamięta? Dzwoniłem rok temu, w sprawie inwestycji.
Naprawdę? Niemożliwe, oczywiście że pamiętam! Jasna sprawa! Zaraz coś zainwestuję, proszę chwilkę poczekać! Sięgam właśnie po portfel!


Jest już prawie jedenasta - zaczynają spływać ubrania z pracowni. Trzeba je przejrzeć, posortować, popakować, wezwać kuriera. Dobrze, że nie jestem z tym sama. Mimo to doświadczenie nauczyło mnie, że powinnam wszystko nadzorować osobiście.
Dzwoni kolejny telefon.

– Hej, pamiętasz o naszym spotkaniu? – pyta Głos po drugiej stronie.
 Rany Julek! To już ta godzina???

Rzucam wszystko, bo muszę zrobić plan wrześniowego pokazu mody. Całą wizję mam w głowie, pozostaje to tylko ubrać w słowa. Dobrze, że tak szybko umiem pisać... :)
Siadamy – modelki, muzyka, światła, przestrzeń. Jeszcze promocja. Jeszcze wystawa. Zdjęcia potrzebne. No jasne, że potrzebne. Jeszcze format, jeszcze ramki.
Mija kolejna godzina. Jest czternasta i wtedy właśnie uświadamiam sobie, że nie zjadłam jeszcze śniadania. Już ruszam do kuchni, kiedy dzwoni wszechwiedzący telefon.
Jednak będę szczupła.

– Dzień dobry, chciałabym zapytać, czy można przymierzyć płaszcz Revolter przed zakupem?
– No niestety, mamy tylko sklep internetowy. – odpowiadam Głosowi.
– Ale ja nie kupię bez mierzenia! – odpiera niepokornie Głos. Myślę, chcę pomóc. Wymyślam.
– Niech Pani przyjedzie w dzień odbiorów osobistych. Zmierzy Pani i sprawdzi.



Chwila oddechu. Zapisuję na kartce, że klientka przyjedzie mierzyć Revolter we czwartek. I właśnie wtedy dzwoni następny telefon:

– Przypominam Ci, że we czwartek mamy sesję i trzeba załatwić na nią zegarek.
Super, Ula. Dzięki za informację. Zapomniałam zupełnie, że we czwartek klientka nie może mierzyć płaszcza. Moja wina. Dzwonię.Przekładam spotkanie.
Teraz załatwię zegarek. Nie – teraz zjem. Idę do kuchni. W tym samym momencie słyszę dzwonek do drzwi...


I tak da capo al fine, kochani...
A kiedy projektuję ubrania dla Hultaj Polski? W międzyczasie...

09:33, zigzac1
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 maja 2016
Ryczące Czterdziestki

Przez całe życie otaczałam się kobietami młodszymi albo bardzo młodszymi od siebie. No i teraz mam za swoje - jestem najstarszą babą na świecie i nie ma od tego odwołania. Wszystkie są młodsze. Nawet te całkiem już w leciech.

No i tak sobie czytam różne pisemka, które opiewają Wiek Średni, jako ten Świadomy, Udany i Spokojny. I tak sobie myślę.

Jak Wam jest, tak naprawdę? Kobiety, Koleżanki, Siostry 40to i więcej latki?

Powiedzcie mi, czy tylko ja przykrywam uśmiechem swoją daleko idącą przezroczystość damsko - męską? Czy tylko we mnie łka nastolatka, która chciałaby znowu zaszaleć, ale już nie może?

Moja Matka w dniu 40tych urodzin powiedziała mi, że wchodzę w najpiękniejszy wiek kobiety - wiek, w którym już niczego się nie boi.

Na początku byłam oszołomiona głębią wypowiedzi, ale kiedy minął pierwszy szok, zaczęłam się zastanawiać. Nie boi? A niby dlaczego?

Ja się, kurde, boję jak cholera!

Boję się starości, obwisających policzków, sterczącego brzucha i innych nieodwracalnych zmian! Boję się raka, śmierci. I tego co zafunduje mi nastoletnia Córka za parę lat. Ja po prostu umieram ciągle ze strachu.

Boję się, że mój Mąż przestanie na mnie zupełnie zwracać uwagę, choćbym zaczęła chodzić po domu w masce gazowej.

Nie chcę być stara, nie chcę się zastanawiać, czy to już powinnam zacząć odliczać czas i zbierać na jakąś sympatyczną trumienkę.

Jestem też zła na niedopasowanie możliwości do rzeczywistości - ogólnie rzecz biorąc. No, bo przecież jak byłyśmy nastolatkami, nie stać nas było na fidrygałki, fikuśną bieliznę i erotyczne gadżety. A wtedy zabawa z tym byłaby najlepsza i wyglądałybyśmy jak młode boginie.

Teraz nas stać. Tylko jakoś te stringi tak dziwnie się zatapiają w biodra. No zupełnie nie tak, jak na zdjęciu w folderze! Oszuści, cholera.

I ta koronkowa koszulka też jakoś tak dziwnie się opina... I zupełnie nie wyglądamy jak planowałyśmy. I często zdarza się, że zdejmujemy fikuśne ciuchy i idziemy popłakać cichutko w poduszkę. 

Ćwiczymy z Chodakowską. Wklepujemy kremy za milion. Albo za ten milion, na który nas stać. I powoli zaczynamy rozumieć Straszną Prawdę.

Możemy schudnąć. Możemy podciągnąć sobie policzki - ćwiczeniami albo chirurgicznie.

Ale będzie już tylko gorzej. I ten młody przystojniak, który mówi nam na klatce "Dzień dobry' wcale do nas nie mruga, tylko ma taki tik w oku.

Zaczynamy myśleć o opcji "zestarzenia się godnością", ale nie ma w tym niestety żadnej godności. Nieważne, jak wielkie piekno wewnętrzne niesiemy w sobie. Wszystko to jest niestety żałosną próbną obrony twierdzy, która juz upadła.

Nie mam odpowiedzi, więc pytam Was, Siostry 40to i więcej latki: jak się czujecie? Tak samo?

Bo poradzić nic nie poradzimy. Ale może świadomość, że nie jesteśmy same pomoże nam to przetrwać?

 

17:22, zigzac1
Link Komentarze (1) »
Być szczęśliwym to znaczy być niezależnym

Walka z wewnętrznymi Rodzicami? Znacie to z pewnością, wiem że tak jest. Nikt tego nie lubi, wszyscy oskarżamy starych o wszelki możliwe krzywdy, które nam się dzieją.

Ja już jestem w takim wieku, że odpuszczam im, biedakom. Starali się jak mogli, walczyli ze światem i ze sobą. Chcieli pewnie też coś mieć z tego życia, a nie tylko myśleć dniami i nocami, co ze mnie wyrośnie. Trudno, jest jak jest, jestem kim jestem. Nie zmienię już pewnie niczego zasadniczego.

Chociaż może? Takie nadwrażliwe dzieci, którym się mówi, wobec których się dużo zakłada ( mówię o sobie tak, tak, tak) ciągle rozglądają się na boki. Pada pytanie, a im już główka lata dookoła, czy wszyscy widzą, że zna odpowiedź. Czy wszyscy zauważają, doceniają? No, i czy Mama i Tata to widzą? Bo to też kluczowa sprawa.

Czyli Czlowiek Zależny Całkowicie.

W skrócie CZC.

Takie CZC niczego nie robi dla siebie. Wszystko robi WOBEC albo DLA. CZC nigdy nie jest szczęśliwy idąc sam do kina. Bo w pójściu do kina nie chodzi o kino przecież, tylko :

1. zainteresowanie osoby, która z nami do tego kina idzie

2. rozmowę i popis elokwencji i erudycji po seansie

3. świadomość, że mamy życie towarzystkie/emocjonalne, bo chodzimy do kina

Trochę skomplikowane, ale CZC tak właśnie działa. Jeśli nie pasuje kino, można podmienić na cokolwiek. Wyśćigi choćby. Ale zasada pozostaje ta sama.

Zawód CZC wybiera zazwyczaj interesujący i taki, który wystawia go na spojrzenia innych. Bo to, bez czego CZC nie umie żyć, to podziw.

Nie umie być czyimś fanem. No, przynajmniej nie umie być fanem osób osiągalnych i zblizonych do niego poziomem. Podziwiać to można Martina Luthera Kinga. Ale Zosię? Nigdy.

Natomiast CZC kocha własnych fanów. Jest świetnym manipulatorem, jeśli jest odpowiednio inteligentny i charyzmatyczny, nie ma problemu ze zdobyciem wyznawców. I to oni są mu potrzebni.

A jak ktoś przestaje być wyznawcą, biada mu i strach. CZC czuje się rozszyfrowany ( nie wiem z czego, ale się czuje) i zdradzony.

Ciężkie jest takie życie. Bo CZC czuje, że jest pozbawioną wartości wydmuszką, która zużywa całą energię na bycie kochanym. Najczęściej biedny CZC zapomina przy tym, że wcale nie jest tak, że jest pustym bufonem. Że jego osiągnięcia są też rzeczywiste i godne podziwu. Tak bardzo tłumaczono mu, że jest nikim, że wierzy w to przez całe życie.

Postanowiłam sobie zrobić prezent na moje 45 urodziny. Postanowiłam przestać być CZC.

Zaczęłam od tego, że przestałam się bać starzenia. No i bęc. Jak każda rewolucyjna akcja, moja też musiała się zderzyć z tsunami. Okazało się, że w oczach Męża straciłam nieco na atrakcyjności....

Ale gwardia umiera, ale sie nie poddaje. Pomyślałam sobie, że jeśli straciłam, to trudno. Oczywiście pomyslałam o tym po miesiącu bycia załamaną, nie inaczej.

Ale jednak mi się udało.

Zaczęłam od prostej rzeczy. Nie przekonuję innych do swojego zdania. Mogą sobie mieć swoje. Mogę nawet ich wysłuchać. Ale nie muszę natychmiast przekonywać ich, że moje zdanie jest najsłuszniejsze i jestem najfajniejsza.

Jestem niezależna. Moje myśli są tylko moje.

Nie przekonuję Córki, że najbardziej kiedyś lubiła sos śliwkowy. Nieprawda. Ale co mi do tego, jeśli chce w to wierzyć.

Nie przekonuję Mamy, że pościel z cory nie może przenieść zarazków. Chce, niech wierzy.

Nie przekonuję Męża, że jedzenie wspólnych śniadań jest ważne. Niech traci sam wspólne poranki. Skoro nie jesteśmy tego dla niego ważne, zjemy same. Jego strata.

Przestało mi być przykro.

I wiecie co? Jest mi łatwiej. Chociaż choroba CZC nawraca i pewnie będzie nawracać jeszcze wiele razy. Ale walczę :) I wygram.

 

14:53, zigzac1
Link Dodaj komentarz »
Czas powrotów

Przychodzi taki moment, że wraca potrzebna pisania.

Najpierw był czas ciąży, potem malutka Słoninka, która odkryła mi zupełnie nowe światy, o których pragnęłam pisać. A potem nastąpił powrót do dorosłości. I koniec bloga.

A teraz mam poczucie, że znowu przyszedł moment :)

Zmieniło się bardzo dużo. Dorosłam w końcu razem z ukończeniem 45 lat. Inaczej spojrzałam na świat i na siebie.

Pozbyłam się wielu złudzeń. Zmieniłam zawód.

A moja Córka skończyła 7 lat i poszła do szkoły.

W życiu mniej się wydarza. Za to dużo myślę, chyba zdecydowanie więcej, niż w smarkatym wieku lat 35ciu. 

Teraz na przykład myślę sobie, że może mój Mąż zajmie się dzieckiem na resztę dnia. Bo spędził czas od rana w mieście fotografując.

A jednocześnie Mądrość podpowiada mi, że wcale tak nie będzie. 

Jedną z umiejętności, które opanowałam przez ostatnie lata, jest umiejętność życia bez liczenia na ludzi.

I chyba o tym napiszę w następnej kolejności.

Bo się odzwyczaiłam od pisania. I muszę teraz nauczyć się znowu.

 

14:23, zigzac1
Link Komentarze (1) »
niedziela, 15 września 2013
PA

 

Bardzo, bardzo dawno nie miałam czasu poblogować. Prawda taka, że życie wypełniło mi się po brzegi i zabrakło mi czasu na przyjemności.

 

A czemu teraz nagle, tak ni z tego ni z owego ten czas się znalazł?

Być może moi kochani nie wiecie tego, ale posiadłam asystentkę, z angielska zwaną PA. Tak, tak. Świat się zmienia.

PA zmieniła mój świat diametralnie. Teraz już nie muszę się zastanawiac, co zrobić jutro. Wystarczy rano otworzyć maila – ta dam! Asystentka zasugeruje, napisze, przypomni.

Świat żółtych karteczek nie przestał jeszcze istnieć, ale w dużym stopniu dlatego, że nie wierzę w swoje szczęście. Wiem doskonale, że mogłabym po prostu powiedzieć „Julia, zapisz proszę....”

 

Tak. PA ma na imię Julia i podziwiam ją ogromnie.

Panuje nad moim życiem lepiej niż ja sama. W momentach paniki wie, gdzie leży dana umowa, zna numer telefonu do Zdziśka, wie, że miałam kupić prezent dla Ziutka i wszystkie te rzeczy ogarnia z zupełnym spokojem.

Z takim samym spokojem odbiera moje neurotyczne telefony, przesyła mi te same dane po parę razy, bo mi „zaginęły”, rozmawia o tematach trudnych.

A przede wszystkim wie sama, co ma robić. A taki skarb, proszę Was, nie trafia się codziennie.

Dlatego dzień kończę dziękczynną modlitwą za Julię, a porankiem zawsze myślę o niej ciepło.

 

Krótki ten wpis, ale pełen entuzjazmu.

Jednym słowem : Niech żyje! Niech żyje! Niech żyje nam PA!!!

19:54, zigzac1
Link Komentarze (1) »
piątek, 22 marca 2013
Wpis pełen optymizmu

 

Jestem szczęśliwa.

Tak po prostu i zwyczajnie najszczęśliwsza na świecie. A powody? Mam mnóstwo powodów.

Moja depresja, na którą cierpiałam chyba trzy lata minęła. Dobijana była ta depresja chorobą Mamy, brakiem powodzenia w Firmie, brakiem wielkich wyzwań w Pracy, chorobami Mii. Ćpałam jakieś tabletki, żeby było spokojniej, ale szczerze mówiąc niewiele pomagały. Dużo płakałam.

I nagle jakby słońce wyszło.

Okazało się, że Mama została źle zdiagnozowana. To w ogóle jest temat na osobny wpis pod znakiem wściekłości na medyków, ale nie teraz, nie teraz.

Zdrowa Mama nie jest, spędzi w szpitalu mnóstwo czasu. Ale będzie żyć.

Firma złapała wiatr w żagle i choć wiatr ten wieje w różne strony, to jednak czasami już mam wrażenie, że nie sikamy pod huragan.

W Pracy, jak to w pracy. Ale tutaj też odwilż emocjonalna nastąpiła, a to już akurat tyle, żeby podziękować i się ukłonić.

Mia zaczęła chorować normalnie – na zapalenie ucha na przykład. A nie na astmę przechodzącą w zapalenie płuc. I to jest wielka ulga.

A poza tym – jestem młoda, piękna, szczęśliwie zamężna, mam fajne dziecko. A zaraz będę też bogata jak nie wiem co. No więc samo szczęście.

I dużo zaległych rzeczy do opisania na blogu. Bo z tego szczęścia to nie mam kiedy iść do toalety. 

 

12:53, zigzac1
Link Komentarze (6) »
środa, 27 lutego 2013
Hultaj Polski

 

Kochani!

To jest wpis reklamowo – radosny. Nasza marka Hultaj Polski ruszyła pełną parą. J Cały czas siedzimy w temacie, sprawdzamy, odpowiadamy na zapytania.

Możecie nas znaleźć TUTAJ. Przez dwa miesiące proponujemy sprzedaż na FB, w trakcie nasz majtajowy sklep też ruszy i będzie stabilniej.

Jak kupować? Napiszcie wiadomość na FB, zapytajcie o cenę, zamówcie rozmiar. Wy mówicie – my szyjemy. Dla każdego. Dla dziecka i dla rodzica, któremu też takie ciuchy się zamarzą.

Mam nadzieję, ze nasze ciuchy się Wam spodobają, a ceny są dla Was odpowiednie.

A oto kilka fotek na zanętę. J


 


 

Na zdjęciach Hultaj i Hultajka.

 

 


 oraz Hultajka z Mamą

 

 

11:05, zigzac1
Link Komentarze (2) »
piątek, 22 lutego 2013
Po co wycinałam stół ?

 

Kiedy miałam lat  niewiele  wyjechałam do szkoły do bardzo znanego teatru W Innym Kraju.

Po angielsku mówiłam szkolnie. O teatrze wiedziałam Coś Tam. Przeszłam już pierwszą szkołę w Znanym Teatrze w Jeszcze Innym Kraju.

Ale tego doświadczenia nie zapomnę nigdy.

Weszłam. Zobaczyłam grupę ludzi, która montowała coś w pocie czoła. „Trzeba przerobić ten stół” usłyszałam. Do mnie to? A co ja mam do stołu tego? A dlaczego i jak mam go przerabiać??? „Musi być okrągły. Weź wyrzynarkę i przytnij.”

Bez słowa znalazłam coś, co wydawało mi się wyrzynarką i zrobiłam okrągły stół. W tym właśnie momencie zmieniło się  całe moje życie.

Zrozumiałam, że zupełnie nie interesuje mnie dzielenie funkcji. Że teatr, tak jak każda inna twórcza działalność, to po prostu…..działalność. Że trzeba umieć wszystko i chcieć umieć robić wszystko. Że prawdziwy twórca nie ma problemu w wycięciem stołu, zrobieniem kostiumu, napisaniem muzyki i namalowaniem obrazu.

Trzeba to się robi i się nie pyta. Bo twórca umie wszystko.

W późniejszych latach, zupełnie tego nie analizując, robiłam to, co właśnie było potrzebne. Grałam, malowałam, uczyłam, projektowałam światła, śpiewałam, pisałam teksty i muzykę. Dawało mi to wszystko mnóstwo radości i strasznie mnie stresowało, bo za każdym razem zdawałam od nowa egzamin ze wszystkiego.

Teraz, kiedy zajęłam się projektowaniem ciuchów, nosideł i bóg wie czego jeszcze, nic się nie zmieniło. Robimy z M. wszystko. Stronę, sklep, foty, sesje, materiałoznawstwo, projekty, wykroje, designy fryzjerskie…… Kupa radości i kupa pracy.

Jedną ręką karmię modeli, drugą czeszę, trzecią robię stylizację, a czwartą podtrzymuję blendę. Kiedy parę dni temu zadzwoniłam do przyjaciółki z prośbą o pomoc techniczną, żaliłam się, że wszystko daję radę, ale już pomagierem fotografa – nie daję. Na co ona odpowiedziała mi żartobliwie „Za dużo potrafisz, dziewczynko.”

Zastanowiłam się. I mam odpowiedź. To nieprawda. Ja niczego tak naprawdę nie potrafię. Ale zaczynając działać, nie zadaję sobie kwestionujących pytań.

Może to jest właśnie mój wielki życiowy zysk z tego pierwszego dnia w Bardzo Znanym Teatrze w Innym Kraju?  Że strach po prostu nie przychodzi mi do głowy?

A tutaj pierniki – rekwizyty do jutrzejszej sesji. Zrobiłam, kurna? :) Zrobiłam.


 

21:13, zigzac1
Link Komentarze (2) »
czwartek, 21 lutego 2013
Och, dziękuję Panie Profesorze!

 

Dzisiejszy artykuł w wyborczej Profesora Miodka powalił mnie na kolana. Zawsze lubiłam Pana Profesora, ale miałam go raczej za analityka języka już istniejącego, człowieka który nie zajmuje się dynamiką.

 

A tu – proszę. Wspaniały wykład o rewolucji językowej, w słowotwórstwie. O „lajkowaniu” jednym słowem.

Jestem gorącym wielbicielem „lajkowania”. Mówienia Wro zamiast Wrocław. Uwielbiam spoxy i resety. Uwielbiam język żywy i indywidualny.

Swego czasu byłam żoną purysty językowego, czyli marudy po prostu. Że zaśmiecanie, że bla bla.

A Zagłobę uwielbiał ( takie typy tak mają, że u- wiel-bia-ją Sienkiewicza. Zauważyłam to. )i język tego bohatera literackiego nic a nic go nie zatrważał i nie oburzał. Cytował i stosował.

I tak to z tymi purystami jest. Ciągle zapominają, że po pierwsze primo – język musi się rozwijać, nawet jeśli jest to okupione śmieceniem, a po drugie primo – język składa się głównie z zapozyczeń.

Jak te zapożyczenia wywalimy w całości, to jak mówi klasyk „ będziem w wodzie jak bobry siedzieć i z zimna popiardywać”. (zacytowałam z pamięci, żeby nie było od purystów lania).

DYWAN, JOGURT, TYTOŃ – zapożyczenia tureckie

BIŻUTERIA , PARASOL – słowa francuskie

FONTANNA, BANDYTA – z Włoch przyszło

SZNUR, DRUT, FARBA , DACH – z Niemiec

 SZEREG – słowo węgierskie

Przykłady można mnożyć i mnożyć. Dentysta, biologia, pistolet, szampon, telewizja,  chleb.

Nie chce mi się wymieniać dalej, bo jakiś purysta mi tu osiwieje i zacznie jak ten bóbr w zimnej wodzie… A po co nam to? I puryście takoż?

A więc do przodu – lajkujmy. I nic się nie bójmy.

18:32, zigzac1
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 44