sobota, 03 marca 2012
Medycy
W zeszłym tygodniu tylko jeden dzień minął nam bez medycznych atrakcji. Szpital przestał nas straszyć zapaleniem wątroby, wyniki zaczęły się poprawiać, ale czemu, tego lekarze nie wiedzą.
I to jest właśnie przerażające. Nie wiedzą co, nie wiedzą dlaczego. Cała ich działalność polega na pobieraniu próbek z żywego organizmu i konstatacji, że coś nie gra. Ale co – to już zupełnie inna zabawa i najczęściej rodzic nie słyszy żadnej konkretnej informacji. A tylko hipotezy i to czym straszniejsze, tym fajniejsze.
Wirus.
Zapalenie wątroby.
Autoimmunologiczne zapalenie wątroby.
Pytam, co to znaczy. Nooo, lepiej żeby tego nie miała. Aha. Dziękuję.
Czytam w necie. Mam zawał.
Dwie godziny później telefon z wynikami. Jest lepiej. Czy możemy wykluczyć? Noo, możemy. Niepotrzebnie się pani przejmowała.
Jasne.
Dzięki wielkie.
Znacie to uczucie? Pewnie, że znacie. Każdy z nas przeżył dzień z rakiem, z zapaleniem opon mózgowych, ciążą pozamaciczną, zapaleniem wątroby czy inną zarazą na która zasadniczo się umiera.
Ostatnio M. opowiedział mi, że Jeden Jego Znajomy złamał nogę i poleciał się złożyć i zagipsować. Wyszedł z rakiem kości, którego miał dobę. Potem okazało się, że jednak nie. Uuups. Sorry.
Ja przeżyłam dobę w ciąży pozamacicznej.
Całkowity brak wyobraźni charakteryzuje tych medyków. Nie wiem, za dużo wkuwają, czy odczuwają perwersyjną przyjemność jak widzą rozszerzające się ze strachu oczy. Może to taka rozrywka, którą dzielą się potem w pokoju lekarskim? „ Wiesz, jak mu powiedziałem, że ma Altzhaimera, to się popłakał! He he!”
Żarcik, żarcik, a prawda jest taka, że to brak wykształcenia psychologicznego, brak zwykłej ludzkiej empatii i jeszcze dodatkowo niebywałe, jedyne w swoim rodzaju poczucie władzy. Taka przemocowa gra.
Jestem lekarzem. Decyduję o Twoim życiu i samopoczuciu. Bądź pokorny i kłaniaj się nisko. A ja będę sprawdzać swoją władzę nad Tobą przy każdej sposobności. Dlaczego? Dlatego, że mogę.
Jedno z tysięcy zdjęć, które uważam za udane. J

piątek, 02 marca 2012
Mężczyzna, Który Zawsze Miał Rację
Kolejne odczulanie i kolejne przedłużające się czekanie na wizytę w przychodni. NA szczęście Przychodnia Specjalna ma to do siebie, że nie jest strasznie obrzydliwa i można czekać. Atmosfera fajna, dużo dzieci. Nikt nie kaszle i nie zawodzi, bo nie ma tak bólu ani chorób zakaźnych.
Dzieciaki bawią się zgodnie przy stoliku ustawiając całkiem pomysłowe piramidki. Dorośli siedzą, czytają. Spokój.
W tej atmosferze opóźnienie godzinne nie wydawało nam się dramatem. Mia nakarmiona, toaleta za rogiem. Frugo w kieszeni plecaka. Mili też ludzie, bo klientela tam przecież w sumie specyficzna.
W końcu weszłyśmy i Pani Doktor zbadała i mnie i Mię badylkiem. Tak Mia nazywa różdżkę. W tym miejscu pozdrawiamy naszych czytelników od nas, oraz wszystkich mieszkańców naszych ciał, wykrytych przez badylka.
Pani Doktor zaczęła wypisywać nam recepty, a Mia siedziała przeczepiona do aparatu odczulającego, dzielnie trzymając kulki w dłoniach.
I wtedy właśnie rozległo się Pukanie. Było to Pukanie z wielkiej litery, bezwzględnie. Władcze i nie czekające na zwyczajowe „Proszę!”.
Po tym Pukaniu drzwi otworzyły się natychmiast i wszedł Mężczyzna, Który Zawsze Miał Rację. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to właśnie on, ale dowiedziałam się szybko.
- Czy my jeszcze długo będziemy czekać?
Pani Doktor jakoś się nie speszyła i stwierdziła, że jeszcze parę minut.
- No tak, ale my byliśmy umówieni na 15.30. A już jest czwarta, proszę pani! Czy te wizyty, te godziny to jakoś obowiązują.
Dostał informację, że jest opóźnienie.
- Ale czym, proszę pani, wywołane!?
- Przedłużającymi się wizytami.
Ton faceta się nie zmieniał, a brzmiał tak, jak u takich facetów brzmi. „Mam rację, mam swoje prawa, wszyscy won, jestem najważniejszy!”
Wtedy, zupełnie nie wiem po co, odezwałam się.
- Ale pan właśnie teraz przedłuża to opóźnienie. Stojąc tutaj i przerywając wizytę.
Na to dostałam prostą, zbijającą z nóg odpowiedź.
- No to co, ty ku….wo?
Dawno nie poczułam adrenaliny tak wysoko. Powiedziałam cos w rodzaju „Jak pan śmie?”, doskonale czując, że brzmi to jak z przedwojennego filmu, ale Mężczyzna, Który Miał Zawsze Rację zamknął drzwi. Ale zaraz potem je otworzył, żeby zaskoczyć nas nowym przemyśleniem.
- Jak pani żąda kultury od innych, to niech jej się pani najpierw sama nauczy!
I zamknął drzwi ostatecznie.
Pani Doktor wyparowała i za chwilkę przyniosła mi homeopatyczną tabletkę na uspokojenie. I dobrze. Bo czułam, że orbituję. Potem przekonywała mnie, że niektórzy ludzie po prostu nie potrafią inaczej i że to jest też opisane w homeopatii.
Pomyślałam sobie o synku tego faceta i jak bardzo mi szkoda, że za dwadzieścia lat drugi taki egzemplarz jak tatuś będzie sobie latał po świecie.
Bo mały jest całkowicie pozbawiony szans na bycie innym. Z pewnością jest ojciec będzie z niego dumny. Będzie uważał, że syn daje sobie radę w życiu, że walczy o swoje i nie daje sobie odebrać.
Do dzisiaj się ta scena we mnie kołacze, bo myślę, że tak naprawdę żyję sobie w bańce mydlanej. Świecie ludzi inteligentnych, dobrze wychowanych ( choć klnących jak szewcy), wrażliwych i niezdolnych do przemocy. I że każde zetknięcie ze światem Innych kosztuje mnie niebotycznie.
Tak właśnie jak u Larssona. Tylko jego bohaterowie mają nieszczęście żyć w świecie Innych. A ja nie.
czwartek, 01 marca 2012
Pani Wychowawczyni
Tato, powiedz, czemu mamie nie powiedziałeś „dzień dobry”? Przecież to twoja dziewczyna jest, z którą się ożeniłeś? To przecież musisz być miły, bo przecież ją kochasz, prawda?
Wychowywanie zwrotne, które dostajemy, jest bezcenne. Przeprowadzane w spokojnej atmosferze, bez krzyków, bez karnego jeżyka. I działa bezbłędnie, bo chociaż żadnej kłótni ni było, to może było napięcie, może zmęczenie. A po wykładzie z teorii związków, którego musieliśmy chcąc nie chcąc wysłuchać, na naszych twarzach pojawił się uśmiech. Przytuliliśmy się, tak zupełnie normalnie i nasza Pani Wychowawczyni nam odpuściła.
Przedwczoraj zostałam ustawiona do pionu jako córka Mojej Matki. Rozmawiałyśmy przy gotowaniu na temat tego, jak przygotować kotlety mielone i w końcu Mama stwierdziła, że zrobi je na swój sposób. Nie było żadnej kłótni, nawet żadnego napięcia, ale Mia uznała, że nie byłam dobrym dzieckiem.
Przecież to twoja mama jest! – pokrzykiwała na mnie – ona wie, co jest najlepsze dla ciebie!
O tyle zadziwiające, że nigdy przenigdy nie pozwoliliśmy sobie na podobne argumenty wobec niej. Ale cóż, świat nie składa się tylko z nas. Inni ludzie też przekazują jej rozmaite wzorce.
Wczoraj zastanawialiśmy się, dlaczego tak jest, dlaczego tak radośnie nas wychowuje. I doszliśmy do wniosku, ze na tle całego mnóstwa błędów rodzicielskich, które popełniliśmy, udało nam się w naszym domu zachować równość.
Wszyscy odpowiadają za swoje czyny. Nikt nie rości sobie prawa do nieomylności. I Mia ma takie samo prawo, jak cała reszta domowników.
Udało nam się ukrócić nasze pouczanie, nasze Zawsze Wiem Lepiej. Niestety, żaden rodzic prawdopodobnie nie jest w stanie uniknąć tego całkowicie, ale ograniczamy, ile dajemy radę.
Parę dni temu odbyłam bardzo nieciekawą, ale denerwującą rozmowę z Aktorem, który twierdził, że bicie dzieci jest konieczne. Że jeszcze pożałuję tego, że wychowuję swoją córkę bezstresowo.
A ja wcale nie wychowuję jej bezstresowo. Wręcz przeciwnie, ciągle dostarczamy sobie nawzajem stresu.
Ale patrząc na nią wiem, po prostu wiem, że nie potrafiłabym uderzyć. Że wykorzystywanie własnej przewagi fizycznej byłoby po pierwsze nieludzkie, a po drugie zupełnie niepotrzebnie.
Bo przecież ona jest moją córeczką. To przecież muszę być miła? Bo przecież ją kocham, prawda?
środa, 29 lutego 2012
Święty Graal, czyli poszukiwania zakończone
Jakież to niespodzianki życie potrafi nam zgotować w najmniej oczekiwanych miejscach. Wczoraj wybrałam się na Wyprawę Po Poprawę, czyli na biorezonans. Ostatni przystanek wszystkich rodziców dzieci alergicznych.
Stacja docelowa. Tam za ciężkie pieniądze kładą zamkniętą fiolkę z Czymś na Czymś. Machają koło dziecka Czymś Jeszcze i mówią, że jest uczulone na wszystko.
Ale co zostaje tym, którzy drogę medycyny zachodniej przeszli już dawno. Zresztą, przyznam się szczerze – w medycynę zachodnią wierzę chyba jeszcze mniej. Tutaj potrzebna jest moja wiara, więc Wierzę, Wierzę i Wierzę.
I nie o tym chcę pisać, bo jak piszę, to wiara we mnie się zmniejsza, a tego staram się uniknąć.
Napisać chciałam, że rejestrując Mię na biorezonans patrzyłam sobie tępym wzrokiem na półki dookoła i nagle, tak właśnie – nagle, widzę książkę, która mówi o pracy z obrazami mentalnymi. W gabinecie biorezonansu odnalazłam Świętego Graala – książkę o ideo konezjologii.
Ideo kinezjologią ( nie wiedząc, że tak to się właśnie nazywa) zajmuję się prawie całe zawodowe życie. Zbieram ćwiczenia i wizje. Od kolegów, od szamanów, od przypadkowo spotkanych ludzi. A przede wszystkim opracowuję swoje własne. Eksperymentuję na własnych uczniach i myślę, że mogę powiedzieć, że po tylu latach rozwoju w tym kierunku mam dość bogate doświadczenia własne.
Na tyle bogate, że zaczęłam pisać własną książkę. Tyle, że robię to w czasie wolnym, czyli raz w miesiącu przez pół godziny. Zresztą prawda jest taka, że motywacji nie miałam specjalnie mocnej. Zastanawiałam się, kto byłby zainteresowany. Nauczyciele, choreoterapeuci? Tancerze? Pewnie tak. Ale tak niszowej książki po prostu nie chce się pisać w wielkim napięciu.
Teraz wiem, że takie książki są potrzebne. W miarę czytania widzę, jak bardzo moje doświadczenie jest bliskie i dalekie jednocześnie z tym, co opisuje autor. Jak mogłabym wykorzystać podane ćwiczenia i przykłady. I jak mało wiem o rozwoju tej dziedziny nauki. No i jak kuleję jeszcze z anatomii…
A teraz dla tych, którzy tancerzami nie są i znudzili się już czytaniem o czymś, o czym nie słyszeli.
Ideo kinezjologia to, mówiąc najprościej, nauka o używaniu własnej wyobraźni w celu pokonywania własnych ograniczeń. Jeśli nie wierzysz, że możesz zaśpiewać wysokie C, bo zawsze mówiono ci, że skrzeczysz i fałszujesz, to idź do nauczyciela z tej dziedziny.
Jeśli nie wierzysz, że możesz pofrunąć, to zapisz się na lekcje do ideo kinezjologa. J
Widziałam wiele cudów w trakcie takich ćwiczeń. A teraz dzięki tej książce będę mogła zobaczyć jeszcze więcej.
A biorezonans pomoże. Bo autoafirmacja działa.
„ Z dnia na dzień czuję się lepiej pod każdym względem.”
poniedziałek, 20 lutego 2012
Radio Gaga
Ja wiem, że każde dziecko tak ma. Wiem, że każde ma niezwykłą, niezrównaną wyobraźnię.
Ale każdy rodzic będzie zachwycał się jednakowo.
I wiem, że trochę wstyd publicznie się zachwycać, bo większość innych rodziców spojrzy, przeczyta i powie „no i?”, „moje ma tak samo, a nawet lepiej”.
Ale nie sposób się nie zachwycać tym cudem natury. Tym fenomenem życia. Że ta larwa malutka, która nie potrafiła przewrócić się sama na bok, myśli szybko, żartuje. Rymuje i śpiewa.
Toteż zachwycam się publicznie i teraz będę dawać temu wyraz.
To co zachwyca nas najbardziej, to słowotwórstwo. O imionach zwierząt już pisałam, więc nie będę wracać.
Ale ostatnio przeżywamy prawdziwy atak ichtiologiczny. Od zawsze łowienie ryb, z zupełnie niewiadomych przyczyn, bo nikt z nas nie łowi, było Tematem.
Teraz Mia sama bawi się w łowienie i nazywa swoje ryby według gatunków.
Ryba Karczmarz. Węgorz Kwasiasty. Patyngorz.
Gada jak Radio Gaga. Łączy tematy w sposób nieoczekiwany.
Śmierć ujarzmiła w sposób łagodny. Założyła, że reinkarnacja jest sprawą oczywistą. I tyle.
W którymś wzruszającym momencie stwierdziła, że chce odrodzić się jako lis, a ja, jej mama mogłabym odrodzić się jako drzewo. I ona, Mia, mogłaby wtedy mieszkać między moimi korzeniami.
Popłakałam się.
Ale lis odszedł w niebyt, bo po zastanowieniu stwierdziła dzisiaj, że nie chce odradzać się jako lis. Jej ulubionym jedzeniem są przecież kanapki, a jako lis nie mogłaby ich jeść. Tylko jakieś inne zwierzęta musiałaby wcinać. To lepiej chce się odrodzić jako człowiek.
Dzieci obliczyła sobie pięcioro, z tym że interesują ją tylko chłopcy. Jeden z nich będzie miał na imię Margaryt.
Mnie jako babcię widzi na dochodne. Będę mogła przychodzić na dłużej, albo na krócej. Tak wiec starość mam już zaplanowaną.
Wygląda na to, że paskudny okres Buntu i Rozpaczy już za nami. Przynajmniej chwilowo. Teraz jest niesamowicie. Dużo śmiechu, żartów. Odkrywania świata i bardzo dużo całowania i przytulania. Czytania. Naklejania.
Staram się te wspomnienia zasuszyć, jak liście w zielniku. Żeby potem oglądać i pochlipywać.
Może właśnie ten blog, to taki mój zielnik?
niedziela, 19 lutego 2012
Siostry miłosierdzia
Przeczytałam artykuł o siostrach w szpitalu. O Instytucie Matki I Dziecka, jak przypuszczam. Artykuł smutny, prawdziwy i wieje w nim nadzieją, że w innych szpitalach jest lepiej.
Nie jest. Naprawdę.
Nasze ostatnie przygody wykroczyły poza pogotowie i usłyszeliśmy zdenerwowani, że „ dziecko jest do zostawienia”.
Najsilniej zapamiętałam moment, w którym Mii dwie baby próbowały pobrać krew. To był już chyba czwarty dzień pobytu w szpitalu.
„Gdzie ona ma tę żyłę!!?? No gdzie? „
„ Dawaj tę jej rękę! No , trzymaj! Jezu…”
Dziewczynka w moich ramionach drżała i płakała. Odwracałam jej głowę, żeby nie patrzyła na to, co się dzieje.
„Niee…No nie mam siły. Tutaj nic nie widać. Cholera! Wkłułaś się? Cholera!”
Krzyk przerażenia dziecka. Baby nie trafiły w żyłę.
„Dawaj nadgarstek. Trzymaj ją!”
Zaczęłam trząść się sama, bo po drugim razie nastąpiła trzecia próba. Też nieudana.
W końcu wpadłam na pomysł.
„Córeńko, ciocie zrobią to bardzo delikatnie….Ciocie bardzo kochają dzieci i chcą im pomagać. Dlatego tutaj pracują…”
Cisza. Oczywiście z ich strony, bo malutka trzęsła się dalej i już nie płakała. Wyła ze strachu.
W końcu jedna z nich się odezwała.
„No, już nie płacz, jak ci…Sonia. Nie płacz. Już kończymy.”
Nawet teraz ciężko mi o tym myśleć.
Jeśli rozmawiać w tym kontekście o pieniądzach, których to ta grupa zawodowa zarabia tak strasznie mało, to moim zdaniem, nie ma o czym rozmawiać.
To tak, jakbym źle zatańczyła spektakl, bo mi słabo zapłacili.
Brak mi słów.
sobota, 11 lutego 2012
Szpital. Po prostu.
Nie mam słów. Dziecko traktuje się jak przedmiot, który nic nie rozumie. Ignoruje się jego ból i strach. Ignoruje się też ból i strach rodzica, uważając go za przeszkodę w pracy.
Stan dziecka sprawdza się sporadycznie. Bo przecież teraz rodzice mogą być. To niech se sami sprawdzą.
Wszystkie pytania są zbywane. A jeśli padają odpowiedzi, są one aroganckie.
Poszliśmy do szpitala z jednym, teraz Mia jest chora na dwie zupełnie inne choroby. Bo po co oddzielać dzieciaki zakaźne, od tych co nogę zwichnęły. Niech wszystkie mają rotawirusy.
I wszystkie mają.
Nie ma uśmiechu, serdeczności, zrozumienia.
Zimno, ciemno i do domu daleko.
Czyli nic się nie zmieniło. Tyle, że teraz łaskawie pozwalają być rodzicom przy dziecku.
Chociaż tyle.
niedziela, 29 stycznia 2012
Spokojny nurt
Co się stało z moim głodem dobrej literatury? Dlaczego zawisam w pół gestu nad książką, nie czytam?
Stoję przed półkami i myślę, że doszłam do wieku, kiedy szukam w literaturze pocieszenia.
Nie chcę, by jątrzyła. Zadawała pytania, które dawno już sobie zadałam. Bo odpowiedzi na te pytania zostały wypowiedziane i nie są to odpowiedzi przyjemne.
Albo eseje. O kulturze, religii. Wyborach. Wątpliwościach.
Zbyt żyję sama sobą, żeby brać pod uwagę problemy innych. Zanurzyć się w cudzych dywagacjach. Zbyt mało mam czasu na pomyślenie o sobie, by poświęcać go na myślenie o osobiście nieznanych mi, choć pewnie dobrych pisarzach.
Wszystkie burze młodości, wybory światopoglądowe i polityczne minęły. A może tylko czekają na swoje drugie wystąpienie?
Teraz szukam w książce alibi dla wolnej chwili. Zanurzenia się w świat bezpieczny, przewidywalny. Niezbyt zaskakujący przynajmniej.
Boję się nawet pomyśleć, co stało by się z moim chwiejnym spokojem ducha, gdybym przeczytała Sto Lat Samotności.
Chcę, by słowa płynęły spokojnie i pozwoliły mi bezpiecznie żeglować głównym nurtem.
Może właśnie dlatego nie odczuwam też żadnej potrzeby, żeby zrobić spektakl?
poniedziałek, 02 stycznia 2012
Raki w sosie borowikowym
Czy pamiętacie to uczucie, kiedy trzeba było wykonać jakiś przedmiot na tzw. ZPT? Piórnik na kredki? Kartkę świąteczną? Sukienkę dla lalki?
Zazwyczaj na zajęciach nie starczało czasu i zabierało się taką pracę do domu. A w domu czekali na nas Rodzice. Rodzice Głodni Wykonu. Dorośli Perfekcjoniści.
Nienawidziłam ich wtedy czystą żywą nienawiścią. Dwójka inżynierów, która realizowała swój głód dziecięcej zabawy moim kosztem. W całej swojej mądrości nie rozumieli, że jak przyniosę do szkoły sukienkę dla lalki, która wygląda jak z pokazu Coco Chanelle, to wszyscy będą się ze mnie śmiali…
Najgorzej wspominam tworzenie czegoś, co nie pamiętam jak się nazywało, ale było popularne i obowiązkowe. Wieszało się to na ścianie na różne okazje – wierszyki, rysunki, zdjęcia wycięte. Taka tablica okazjonalna.
Na mnie wypadło na 8go marca. Moja Matka zadała mi pytanie, co mam zamiar zrobić na tym kawałku brystolu, który leżał przede mną. Powiedziałam, że napiszę parę wierszyków, wkleję trochę zdjęć i będzie dobrze. Hmmm, powiedziała Moja Matka, to nie jest żaden plan. Plan to jasny obraz tego, co masz zrobić. Ale ja mam jasny obraz odpowiedziałam. Nie masz, powiedziała Moja Matka. I tak w płaczu i bólu powstawała ta tablica na Dzień Kobiet. Mama poświęciła drogocenne wówczas Burdy i wycinałyśmy z nich do późnej nocy zdjęcia. Mama skomponowała je jak ramę, a w środku, w niewielkiej przestrzeni, wpisała haiku o kobiecie.
Boże, jakiego wstydu ja się wtedy najadłam. Polonistka stwierdziła z niesmakiem, że to żaden wiersz, bo nie ma rymów, a zdjęcia jakieś takie…..rozwiane…..
Dzieci się śmiały, a ja czułam się w obowiązku bronić Mamy, honoru rodziny i własnej skóry.
Oczywiście, dzisiaj z perspektywy czasu wiem, że Mama uczyła mnie dobrego smaku, kompozycji i nieszablonowego myślenia. I że w dużym stopniu takim akcjom zawdzięczam fakt, że nie sprzedaję w warzywniaku.
Ale wiem też, że nie zdawała sobie sprawy, że obciąża mnie odpowiedzialnością, którą ciężko było mi dźwigać. Odpowiedzialnością za nieswoje czyny.
Szyjąc za mnie te sukienki dla lalek, robiąc piórniki i inne pojemniczki na narzędzia oraz samochodziki z balsy, odbierali mi możliwość zrobienia czegoś samemu i odpowiadania za siebie.
Jak również odbierali mi możliwość zabawy. Po prostu.
A teraz, pamiętając doskonale własne uczucia, robię to samo. Wyrywam córce z małych łapek modelinę, bo brudzi kolory. Bo przecież sama nie zrobi marchewki ani pora.
I tak rodzinna zabawa modeliną kończy się tak, że Mia siedzi i tnie nożyczkami na wiórki białą kartkę, a my z M. lepimy z modeliny produkty do Miinej kuchni
.A co tam. Starzy nie dali się pobawić, to teraz sobie odbijamy, nie?

piątek, 30 grudnia 2011
A imie moje jest...
Aby oswoić, trzeba nazwać. Bardzo stara zasada i wszystkie dzieci znają ją znikąd. Nazywają swoje zabawki, nadają imiona zadziwiające, magiczne i skomplikowane.
Swojego osiołka nazywałam Badadidadaj. Skąd wyciągnęłam takie imię? Jak je wymyśliłam? Nie wiem, ale chciałabym wierzyć, że Castanieda za tym stoi. J
M. nazywał swojego kotka Diamencikiem.
A Mia reprezentuje zupełnie inny styl. Może mniej magiczny, ale za to odkrywczy w swojej prostocie.
Najpierw musieliśmy się oswoić z konikiem o imieniu Wózek. Zresztą M. złośliwie nazywa go Buzkiem. Tak to jest z dorosłymi. Wszystko strywializują.
Potem pojawił się konik Kaktus.
Tygrys o imieniu Telefon.
A dzisiaj zapoznałam się z sarenką, która nazywa się Soczek.
Siedzę właśnie i zastanawiam się, czy to banalne, czy oryginalne do szaleństwa. :) Ale podoba mi się bardzo.
|
Zakładki:
Ja w kuchni
Zaglądam tutaj
|