RSS
poniedziałek, 01 lutego 2010
Ćwicz ze Słoninką

Leżę na plecach. Nogi mam zgięte w kolanach. Liczę głośno: 22, 23, 24.

Słoninka wisi mi na kolanach i dziabie mnie kredką w rzepkę. Nagle wykonuje zwrot i stacza mi się na brzuch.

Ja : (dostaję ataku śmiechu) Słonina! Spadaj! No już!

Słonina : ( Monolog Wewnętrzny) Taaaa.... Nie sądzę mamo, żeby ten pępek był ci do czegoś jeszcze potrzebny. Wydaje mi się wręcz, że to nie wygląda zdrowo. Taaa....Szybka resekcja cię z pewnością uratuje.

Ja : ( zdycham ze śmiechu, bo ciągle robię brzuszki, dźwigam Słoninę i bronię się przed jej zapędami, żeby zostać młodym chirurgiem) 30, 31....Proszę cię,nieeee!! Tylko nie kredką! NIE!!!!!!

Słonina : ( Monolog Wewnętrzny) Nie krzycz, nie krzycz. Jak nie będziesz się wiercić, to naprawdę nie będzie bolało. O proszę! Kredka już wbita, przystępujemy do naciągania....

Ja : ( wyciągam kredkę z pępka) Dość kochanie. Proszę. Kredkami rysujemy, dobra? ( odrzucam Kredkę Operacyjną na kupę innych kredek i kładę się na podłogę)

Słonina : ( Monolog Wewnętrzny) Oj mamo, mamo... Dobra. Zamaluję tę stronę na czarno. Ale będziesz żałować, kiedy zachorujesz na ten niezdrowy pępek. A mogłam cię uratować. Tak.

Zmieniam ćwiczenie i Słonina natychmiast wraca do mnie i teraz dla odmiany postanawia mnie łaskotać w uniesione stopy. Chichramy się obydwie i na chwilkę się poddaję. Przytulam ją i dostaję buziaka.

W trakcie rozciągania bawimy się w A kuku. Proste. Słoninka stoi między moimi nogami, ja wiszę głową w dół. Słoninka się chowa za moim udem i co jakiś czas wyskakuje.

Wydam teraz profesjonalną opinię na temat takiego treningu. Otóż jest on wysoce wydajny.

Biceps mam, jak każda mama. Ogromny.

Brzuszki z dodatkowym obciążeniem – tylko zysk.

Pośladkowe z dodatkowym obciążeniem – też zysk.

Tylko rozciąganie się nie udaje. Bo w żadnym, ale to żadnym momencie nie można się całkowicie rozluźnić. Wiadomo.

Ale to można zrobić, jak Słoninka drzemie.

A ilość śmichów chichów i zebranych buziaków – bezcenna.

10:49, zigzac1
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 31 stycznia 2010
Myśli ostrożne

Bardzo powolutku dojrzewam do myśli o kolejnym spektaklu. Obchodzę temat dookoła, zaglądam sama w siebie i zadaję sobie pytanie, czy to już, czy jeszcze.

Bo często wieczorami spoglądam na samą siebie i widzę, że jakaś inna kobieta leży na tym łóżku. Ktoś kogo zbyt dobrze nie znam i chyba nie do końca rozumiem. Dlaczego wszystko wydaje mi się zbyt odległe i zbyt trudne? Dlaczego w jednym momencie najbardziej na świecie chciałabym zostać w domu, a po chwili jestem całkowicie pewna, że muszę gdzieś lecieć, coś załatwiać. Kogoś spotykać.

Są wieczory, w trakcie których dociera do mnie z bolesną oczywistością, że wypadłam już z obiegu.

Są i takie, kiedy staram się kłamać samej sobie, że jeszcze wszystko przede mną.

Często czuję się oszukana – wydawało mi się, że jeśli ustabilizuję swoją pozycję zawodową przed zajściem w ciążę, to powrót będzie zupełnie bezbolesny. Ba, twierdziłam nawet, że wrócę do pracy trzy miesiące po porodzie.

Wszyscy piszą, o trudnościach mam etatowych. O tym, że wywalają po macierzyńskim z pracy, że zwolnienia na chore dzieci, że tempo.

A mamy, które na etatach nie są? My, kobiety wolnych zawodów, nie mamy zupełnie żadnych praw.

Jak nie mamy firmy, żadne prawo nas nie chroni. Nie mamy prawa do macierzyńskiego, wychowawczego. Jednym słowem jesteśmy zdane na siebie.

W rzeczywistości ciężko pracowałyśmy, a w papierach mamy „ na utrzymaniu męża”.

Oczywiście, można kombinować, zatrudniać się na lewo i takie tam. Ale bez kombinowania – nie ma kaszki.

Nikt nam też nie daje żadnych gwarancji powrotu do pracy. I ogólnie wydaje mi się, że te szanse wcale nie są większe niż tych mam etatowych. A może nawet mniejsze? Bo żeby wolny zawód uprawiać, trzeba mieć czas i spokój. Trzeba mieć chwilkę dla siebie i to taką chwilkę niezmęczoną, kiedy głowa ma ochotę się zająć czymś więcej, niż tylko marzeniami o spaniu. A takich chwilek nie ma przecież. Zawsze trzeba a to jakąś listę zakupów zrobić, a to coś tam innego. Może i niemęczącego, ale zajmującego głowę.

I jak tutaj o bólu istnienia myśleć, kiedy ziemniaki na gazie pyrkoczą?

I wtedy olśnienie przychodzi na mnie, dlaczego znakomita większość artystów w wieku średnim to jednak faceci!

Ano właśnie dlatego.

Właśnie dlatego.

Bo jak się potomstwo rodzi, to zazwyczaj facet, z normalnych, znanych nam wszystkim przyczyn, idzie do roboty. A że teraz jest mężem żywicielem, to dociska ten pedał bardziej. I - co tu dużo gadać – rozwija się też dzięki temu. W pewnym sensie - nie ma wyjścia.

No i on – coraz lepszy, coraz sprawniejszy zawodowo.

A ona – coraz bardziej niepewna siebie, coraz bardziej myśląca, że może już nie warto.

On ma czasu coraz mniej, jego praca daje coraz większą pewność finansową.

To przecież nie będą ryzykować zamiany ról, nie? Bo z nią już nie wiadomo jak się potoczy, a mleko kupić trzeba.

Przyglądam się tej nie do końca znanej mi kobiecie i zauważam, że stacza się w takie myślenie.

I dlatego zastanawiam się nad nowym spektaklem.

Ale tak jakoś ostrożniutko jednak....

 

PS. A te Krówki M. dostał jednak! :)

12:45, zigzac1
Link Komentarze (1) »
sobota, 30 stycznia 2010
Krówki

 

- Pamiętasz te Krówki, które przyniosłem z pracy? - w głosie M. zabrzmiało prawdziwe rozmarzenie. - To były Krówki! Takie prawdziwe ciągutki! Muszę kupić takich!

 

- No to kupmy – Krówek też bym zeżarła, ale byłam właśnie bardzo zajęta obieraniem marchewek na sok dla Słoniny i potraktowałam to wyznanie troszkę na boku.

- Nawet zachowałem specjalnie papierek, żeby pamiętać producenta – rozmarzenie z głosu M. nabierało mocy, a wizja Krówek na naszym srebrnym talerzu, tym, cośmy go w prezencie ślubnym dostali, przybliżała się znacząco.

 

- No to kupmy – marchewki nadal mnie absorbowały, ale uczucie szczęścia w głosie M. powoli do mnie zaczynało docierać – W czym problem?

I nagle straszliwa żałość:

 

- No właśnie nie wiem, gdzie schowałem ten papierek....

To się nazywa zwrot akcji. Jak w thrillerze jakimś.

Strasznie kocham tego mojego M.

 

11:59, zigzac1
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 stycznia 2010
Niech mnie

Słoninka nie interesuje się specjalnie klockami. Ogólnie – układanie, wstawianie i budowanie ma w głębokim poważaniu. To co ją kręci, to rysowanie i książki.

O dziwo – rysowanie przeważnie na papierze.

O dziwo – książki raczej ogląda, a nie niszczy.

Książki tematykę proponują różnorodną – a to odzież, a to warzywa. Mniej i bardziej udane bajeczki, wierszyki i rysunki.

Z ilustracji, to taki Matejko jej zupełnie nie interesuje. Jeśli coś choćby lekko zakrawa na naturalizm, zostaje odrzucone i zapomniane. Ale gust ma raczej dobry. I ewidentnie dość, jak na jej wiek, bogatą wyobraźnię.

No a my też w tych książeczkach.

- A tutaj Słoninko – młyn. A tutaj czarny baran. A tutaj kluseczki z miseczki. A gdzie biedronka? Brawo! Tutaj biedronka! Dzielna Słoninka!

Niedawno zauważyliśmy, że już kojarzy konkretne przedmioty. Nawet jeśli na danym obrazku nie zostały jej pokazane. Czyli Księżyc, Biedronka, Kot i inni przyjaciele znajdowani byli już bez podpowiedzi. Byliśmy dumni i bladzi.

Przez ostatnich parę dni Słoninka wieczorami wyciągała palucha do góry i pokrzykiwała „Wow!”, co jest oczywiście oznaką zachwytu. No to my się zastanawiamy, o co biega naszemu dziecku. Może ktoś na górze stuka? Może jakaś plama gdzieś?

Słoninka strasznie się irytowała, że nie potrafimy zgadnąć. Paluszek aż jej drżał, tak bardzo chciała się z nami podzielić jakimś odkryciem. Aż któregoś wieczoru M. wezwał mnie do okna. Na jego rękach Słonina regularnie wywrzaskiwała „Wow!!” i pokazywała ...Księżyc. Ten prawdziwy, na niebie. Skojarzyła z ilustracji. Jak nic. Bladość i duma nam się powiększyła.

Ale dzisiaj rano moje dziecko mnie pokonało. Odebrało mi dech i nawet odrobinkę przestraszyło.

Otworzyłyśmy ulubioną książkę z liczbami, a Słonina wskazała jedynkę i bardzo czystym głosem powiedziała

JEDEN

A potem poszła.

A ja zostałam nad tą książeczką.

No niech mnie.

Rośnie. Myślałam, że to potrwa troszkę dłużej niż rok.

11:16, zigzac1
Link Komentarze (1) »
wtorek, 26 stycznia 2010
Pierwsze koty za płoty

- Kochanie, najpierw parę łyżeczek zupki,a potem owoce, dobrze? - jestem spokojna i w sumie przyzwyczajona, że karmienie nie stanowi problemu. Słoninka zazwyczaj je normalnie, ale czasem ma fazę, że jak zobaczy przygotowane wcześniej owoce, odmawia pomidorówki. - Spokojnie skarbie, kilka łyżek.

Wtedy już przestaje być spokojnie. Mała zaczyna się wić i płakać. Postanawiam przeczekać. Czekam.

 

Czekam.

I czekam.

 

Histeria narasta. Głuche wycie i żądanie deseru.

Czekam.

 

Deserem staje się wszystko w zasięgu wzroku. Wszystko co nie jest pomidorówką.

Czekam.

 

W końcu staje się dla mnie jasne, że jesteśmy w trakcie pierwszego wychowawczego starcia. Że za boga nie mogę ustąpić, bo właśnie Słonina uczy się, czy da radę wywalczyć coś wrzaskami.

Oblewa mnie zimny pot.

 

Przecież dotąd wszystko szło wspaniale. Obiecywałam sobie jej nie zmuszać do jedzenia i dotychczas to realizowałam. A tu nagle właśnie na tym polu. Może i zrobiłam głupio, ale nie mogę się już wycofać.

Gluty lecą z nosa i spadają ja podłogę.

 

Zastanawiam się, czy sąsiedzi i nie wezwą policji.

Widzę też, że Słoninka jest senna na maksa, więc wsadzam ją do łóżeczka i postanawiam upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu.

 

Dotychczas jedynym problemem było to, że w ciągu dnia nie zasypiała sama. Trzeba było nosić, a kręgosłup już nie ten, co rok temu, nie ten.

Więc uznając, że ogólna histeria się już nie powiększy, włożyłam ją po prostu do łóżka.

 

Myliłam się. Histeria wzrosła do dziesięciu w skali Słoninkowej.

Gluty do podłogi spadają na moje sumienie.

 

W końcu zasnęła. Łkając.

A ja czuję się jak kat. I najgorsze, że nie wiem, czy dobrze robię.

 

Pierwsze spotkania z wychowywaniem. Trudne.

12:52, zigzac1
Link Komentarze (4) »
sobota, 23 stycznia 2010
Czy stałam się kurą domestiką

Fora gazety mnie czasem inspirują. Dzisiaj jakiś facet się żali, że żona mu utyła po ciąży i szpilek nie chce nosić. Ha. Ha.

Poczytałam, pośmiałam się. I co. I dopadła mnie autorefleksja.

A może to mój M. tam się tak żali? Na tym forum?

To znaczy, wiem, że nie M. osobiście, ale może M. - figuratywnie?

Tamten wielki biznesmen, żony się wstydzi na spotkaniach biznesowych. A przecież taka fajna była. A teraz się nie maluje. No patrzcie.

Jak poznaliśmy się z M. ( historia zresztą dość niesamowita i może kiedyś napiszę), to ja byłam Kobietą Światową. Ubierałam się z berlińska, głowę miałam ogoloną na łyso, jeździłam po całej Europie i byłam bardzo szczupła.

Nie do końca byłam zdecydowana na dziecko. Przeczuwałam bowiem, że Światowość moja może na tym dziecku nieco ucierpieć. I przyglądałam się wnikliwie mojemu nowo nabytemu partnerowi- czyli M. - jak on może zareagować na utratę wyżej wymienionej.

Jednym słowem – sprawdzałam, czy mój M. jest snobem.

Potem, jak można łatwo się domyśleć, doszłam do wniosku, że nie jest i wtedy pojawiła się Słoninka. Wyczekana, wyleżana ciążowo i zaakceptowana w roli Anihilatora Światowości.

Bo nie da się ukryć – zamiast do Madrytu, to raczej do Olsztyna się jeździ. Na głowie Miś Polski Nieczesany, na brzuchu gęsi tłuszczyk.....eh. Smutno.

A i na szpilkach jakoś się nie rozbijam po domu. Sama w sumie nie wiem czemu. Przecież leżą w szafie na wyciągnięcie ręki.

Co prawda przebieram się codziennie – rano chodzę w szlafroku – tak mniej więcej od 5.30 rano do 6.30. Potem przebieram się w stare treningowe spodnie i starą koszulę flanelową M. Więc jakiś płodozmian jest. Nie ma co narzekać.

I tak sobie myślałam o tym biznesmenie i żal mi tej jego żony, co z takim samym gęsim tłuszczykiem jak ja lata.

Bo ona sprawdziła niewłaściwy plik swojego faceta przed ślubem. Ślubem, czy dzieckiem. Wsio rawno.

I dam sobie łeb uciąć, że ten plik miał w tytule Portfel.

A niestety, nie jest to, wbrew pozorom, to co u partnera sprawdzać należy. :)

20:57, zigzac1
Link Komentarze (4) »
wtorek, 19 stycznia 2010
Co twoje dziecko może nawet potrafić

Tę dziwną frazę zna pewnie prawie każda Polska Matka. Bo to jest fraza z Bardzo Znanego Podręcznika O Dzieciach.

Pewnie większość z nas czytała wielokrotnie z wypiekami na twarzy, że podstawowe umiejętności są osiągnięte, a Twoje Dziecko Może Nawet Potrafić – tu w zależności od wieku progenitury – stać, siedzieć, chwytać, patrzeć i tak dalej.

Z wypiekami na twarzy, a z biegiem czasu z rosnącym zdziwieniem. Że co?? To są te ekstra osiągnięcia?? Przecież Józieczek już od dwóch miesięcy to robi. Ale za to nie wykonuje tych podstawowych..Hm. Coś nie tak z naszym Józieczkiem.

I oczywiście książka uprzedza, że dzieci są różne i rozwijają się w różnym tempie, ale jednak....hm.

Wchodzę na stronę opisującą trzynasty miesiąc i czytam z rosnącym przerażeniem Pytanie Od Matki.

„ Moje dziecko dotychczas spędzało z przyjemnością czas na ogrodzonym placyku zabaw przed domem, a ja w tym czasie mogłam spokojnie coś zrobić. Teraz zupełnie nie chce się tam bawić.”

Sprawdzam, czy to dobra książka.

Sprawdzam, czy to dobry miesiąc.

Idę popatrzeć na Słoninę, czy jest niedorozwinięta.

Nie jest.

Więc o co chodzi, kurna???!!!

Pełno porad, jak odstawić od butelki. Jedna z nich sugeruje, że dziecko powinno wybrać sobie w sklepie kubeczek.

Oszaleję.

Już widzę Słoninkę w sklepie, jak z uwagą ogląda proponowane przeze mnie kubeczki i wskazuje palcem na ten jeden jedyny. A potem, kiedy nie chce z niego pić i słyszy „Przecież sama go sobie wybrałaś.”, zawstydza się i grzecznie bierze kubeczek z moich rąk.

A może ja jej nie daję szansy?

Może trzeba jej dać piłkę, rowerek i telefon.

Niech leci na placyk przed domem.

Troszkę pokopie, troszkę popedałuje, a jak się zmęczy, to zadzwoni.

A ja jej wtedy powiem, czy skończyłam już zajęcia domowe.

A potem razem pozmywamy i pogramy w tysiąca.

Chociaż o kartach w tej książce nie piszą. Może jednak za wcześnie..

12:17, zigzac1
Link Komentarze (3) »
niedziela, 17 stycznia 2010
Na pierwsze kroki

Kiedy powiedziałam Koledze Pokrewnego Zawodu, że Słoninka zaczęła chodzić, odpowiedział, że to jednocześnie dobra i zła wiadomość.

I faktycznie.

Pierwsze kroczki oklaskiwaliśmy ze szczerego serca, a teraz...

M. : Jezu, możesz ją złapać?! Siedzę!

Ja : Kurna, czekaj! Mam ją! Mam!

M. : Uff. Matko, coś w kolanie mi skoczyło.

Ja : Teraz? Nie mam czasu na głupoty teraz....Słoninko, gdzie ty lecisz? Do kuchni?? Uuuups, gwałtowna zmiana planów. Do taty? Proszę, proszę. Łapiesz ją?

M. : Mam. A teraz gdzie, kochanie? Do pokoju? Proszzzzz.

To wszystko odbywa się przy nieustających dźwiękach piosenek dla dzieci i bajeczek, które Słoninka z typową dla siebie prostotą nazywa po prostu La La.

La La rozpoczyna się o szóstej rano. Po wypiciu porannego mleka Nasza Córka cesarskim gestem wskazuje na wieżę i żąda pierwszej bajki. A kiedy ta się kończy, Słonina patrzy na nas z nieukrywanym wyrzutem, wskazuje palcem W Kierunku i głosem sugerującym, że coś się zepsuło mówi „La La!”.

Wszystkie, urocze skądinąd, bajki znamy już na pamę i złośliwie mamroczemy pod nosem improwizowane, autorskie rymy. Głównie niezbyt przyzwoite.

Ale zbyt wiele czasu na to mamrotanie nie mamy, bo...

M. : Jezu, możesz ją złapać??!

19:13, zigzac1
Link Dodaj komentarz »
sobota, 16 stycznia 2010
Co jest ze mną nie tak?

Nie wiem, co jest ze mną nie tak, ale coś musi być. Pewnie jestem po prostu za stara na Dziecko.

Przecież posiadam na składzie Najwspanialszego Tatę Na Świecie i Niezastąpioną Joasię.

Najwspanialszy Tata po pracy gna do domu na złamanie karku. Nie miga się od zajęć domowych. Każdą wolną chwilkę poświęca Słonince. Jest Tatą Wzorcowym – maluje z nią, bawi się klockami, tańczy i śpiewa. Kąpie wieczorem i daje kolację.

Joasia doprowadza dom do porządku. W przerwach siada na podłodze i bawi się ze Słoninką. A kiedy muszę iść do pracy, jest wtedy Najukochańszą Nianią. Ufam jej całkowicie.

Czemu więc nie mam czasu obciąć paznokci? Czemu podjadam na stojąco i jestem śmiertelnie zmęczona?Tak zmęczona, że siadam czasem w kibelku na desce i popłakuję?  Co jest ze mną nie w porządku?

Co ja robię, że cały czas coś robię? Gdzie to ginie, w jakiej masie całkowitej ta moja krzątanina się roztapia?

Zawsze byłam dobrze zorganizowana i wydaje mi się, że to się nie zmieniło. W domu są zapasy, Słoninka ma ugotowany dwudaniowy obiad, jogurt domowy. W kuchni obcieka dla niej domowy twarożek. M. też ma ugotowane i poprane.

Zdążam. Ale tylko zdążam.

Jak dają radę matki, które nie mają Joasi, tata się specjalnie nie wykazuje, a one zasuwają na pełen etat?? Niech ktoś mi to wytłumaczy.

Może ja sobie jakoś szczególnie wysoko stawiam poprzeczkę? Ale nawet jeśli tak założę, to przecież pewne rzeczy wykonane być muszą przy rocznym dziecku. Muszą i już. I nie jest to kwestia poprzeczki.

Chyba naprawdę jestem za stara na Dziecko.

A czasami czuję się też za stara na Życie.

19:19, zigzac1
Link Komentarze (4) »
sobota, 09 stycznia 2010
Mama Właściwa

- Nie martw się, to zupełnie normalne. - przyjaciółka pocieszała mnie telefonicznie podczas zakupów spożywczych.

Przyjaciółka siedziała w domu, a zakupy robiłam ja. Banalne zakupy – pieczywo, jogurt, masło I Tak Dalej. Robiłam te zakupy i pochlipywałam. Bo w tym samym czasie Słoninka bawiła się z Nianią, Którą Kocha Najbardziej, czekając na Tatę, Którego Kocha Najbardziej. Ja byłam zbędna, więc mogłam pójść na zakupy. No cóż. Do czegoś jednak jestem przydatna.

- A długo to potrwa? - pytałam

- Nie pamiętam...Pewnie z rok...

- Rok???!!! Rok moje dziecko będzie mnie gryzło i kopało tuląc się do Niani??? Żartujesz??

- No może nie rok. Może pół.

Aha. Czyli pół. Alleluja. Dzięki panu w niebiesiech.

Zaczęło się parę tygodni temu. Tylko Tata i Tata. Potem Niania wróciła z urlopu zimowego i stała się Numerem Drugim. Moje notowania spadały z dnia na dzień.

To, że jestem passe widać było, kiedy uczestniczyłam w układzie trójkowym. Słoninka, Niania i ja. Słoninka, Tata i ja.

Słoninka uśmiecha się szeroko, przekrzywia zalotnie główkę i przytula się do Niani. Całuje ją w policzek. A potem.....spogląda na mnie. Sprawdza, czy na pewno widziałam, że kocha Nianię. No owszem, widziałam i w sumie popieram. Fajnie, że tak jest.

Potem zaczynamy się bawić wspólnie i wtedy się zaczyna. Na każdy mój dotyk reakcja jest natychmiastowa. Płacz. Gryzienie. Zła buzia. Zmarszczony nos.

Kiedy zostajemy tylko we dwie, jest troszkę lepiej. Ale widać, że nie należę do faworytów. Na każdy odgłos na klatce schodowej Słoninka zrywa się gwałtownie i drałuje do drzwi krzycząc „Mama! Mama!”

Wyjaśniam natychmiast, że Mama to Tata, a w drugiej kolejności Joasia. Ja, jako Mama Właściwa nazwy nie posiadam. Jestem takim Niewiadomoczymdokarmieniaizmienianiapieluch.

Pozostaje mi się cieszyć, że mnie jeszcze trzymają. Pewnie dla tych faworków, które ostatnio zrobiłam. Pewnie tak.

20:42, zigzac1
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 19