RSS
niedziela, 29 stycznia 2012
Spokojny nurt


 Co się stało z moim głodem dobrej literatury? Dlaczego zawisam w pół gestu nad książką, nie czytam?

 

Stoję przed półkami i myślę, że doszłam do wieku, kiedy szukam w literaturze pocieszenia.

Nie chcę, by jątrzyła. Zadawała pytania, które dawno już sobie zadałam. Bo odpowiedzi na te pytania zostały wypowiedziane i nie są to odpowiedzi przyjemne.

Albo eseje. O kulturze, religii. Wyborach. Wątpliwościach.

Zbyt żyję sama sobą, żeby brać pod uwagę problemy innych.  Zanurzyć się w cudzych dywagacjach. Zbyt mało mam czasu na pomyślenie o sobie, by poświęcać go na myślenie o osobiście nieznanych mi, choć pewnie dobrych pisarzach.

Wszystkie burze młodości, wybory światopoglądowe i polityczne minęły. A może tylko czekają na swoje drugie wystąpienie?

Teraz szukam w książce alibi dla wolnej chwili. Zanurzenia się w świat bezpieczny, przewidywalny. Niezbyt zaskakujący przynajmniej.

Boję się nawet pomyśleć, co stało by się z moim chwiejnym spokojem ducha, gdybym przeczytała Sto Lat Samotności.

Chcę, by słowa płynęły spokojnie i pozwoliły mi bezpiecznie żeglować głównym nurtem.

Może właśnie dlatego nie odczuwam też żadnej potrzeby, żeby zrobić spektakl?

 

23:39, zigzac1
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 stycznia 2012
Raki w sosie borowikowym



Czy pamiętacie to uczucie, kiedy trzeba było wykonać jakiś przedmiot na tzw. ZPT? Piórnik na kredki? Kartkę świąteczną? Sukienkę dla lalki?

Zazwyczaj na zajęciach nie starczało czasu i zabierało się taką pracę do domu. A w domu czekali na nas Rodzice. Rodzice Głodni Wykonu. Dorośli Perfekcjoniści.

Nienawidziłam ich wtedy czystą żywą nienawiścią. Dwójka inżynierów, która realizowała swój głód dziecięcej zabawy moim kosztem. W całej swojej mądrości nie rozumieli, że jak przyniosę do szkoły sukienkę dla lalki, która wygląda jak z pokazu Coco Chanelle, to wszyscy będą się ze mnie śmiali…

Najgorzej wspominam tworzenie czegoś, co nie pamiętam jak się nazywało, ale było popularne i obowiązkowe. Wieszało się to na ścianie na różne okazje – wierszyki, rysunki, zdjęcia wycięte. Taka tablica okazjonalna.

Na mnie wypadło na 8go marca. Moja Matka zadała mi pytanie, co mam zamiar zrobić na tym kawałku brystolu, który leżał przede mną. Powiedziałam, że napiszę parę wierszyków, wkleję trochę zdjęć i będzie dobrze. Hmmm, powiedziała Moja Matka, to nie jest żaden plan. Plan to jasny obraz tego, co masz zrobić. Ale ja mam jasny obraz odpowiedziałam. Nie masz, powiedziała Moja Matka. I tak w płaczu i bólu powstawała ta tablica na Dzień Kobiet. Mama poświęciła drogocenne wówczas Burdy i wycinałyśmy z nich do późnej nocy zdjęcia. Mama skomponowała je jak ramę, a w środku, w niewielkiej przestrzeni, wpisała haiku o kobiecie.

Boże, jakiego wstydu ja się wtedy najadłam. Polonistka stwierdziła z niesmakiem, że to żaden wiersz, bo nie ma rymów, a zdjęcia jakieś takie…..rozwiane…..

Dzieci się śmiały, a ja czułam się w obowiązku bronić Mamy, honoru rodziny i własnej skóry.

Oczywiście, dzisiaj z perspektywy czasu wiem, że Mama uczyła mnie dobrego smaku, kompozycji i nieszablonowego myślenia. I że w dużym stopniu takim akcjom zawdzięczam fakt, że nie sprzedaję w warzywniaku.

Ale wiem też, że nie zdawała sobie sprawy, że obciąża mnie odpowiedzialnością, którą ciężko  było mi dźwigać. Odpowiedzialnością za nieswoje czyny.

Szyjąc za mnie te sukienki dla lalek, robiąc piórniki i inne pojemniczki na narzędzia oraz samochodziki z balsy, odbierali mi możliwość zrobienia czegoś samemu i odpowiadania za siebie.

Jak również odbierali mi możliwość zabawy. Po prostu.

A teraz, pamiętając doskonale własne uczucia, robię to samo. Wyrywam córce z małych łapek modelinę, bo brudzi kolory. Bo przecież sama nie zrobi marchewki ani pora.

I tak rodzinna zabawa modeliną kończy się tak, że Mia siedzi i tnie nożyczkami na wiórki białą kartkę, a my z M. lepimy z modeliny produkty do Miinej kuchni

.A co tam. Starzy nie dali się pobawić, to teraz sobie odbijamy, nie?


19:33, zigzac1
Link Komentarze (1) »
piątek, 30 grudnia 2011
A imie moje jest...

 

Aby oswoić, trzeba nazwać. Bardzo stara zasada i wszystkie dzieci znają ją znikąd. Nazywają swoje zabawki, nadają imiona zadziwiające, magiczne i skomplikowane.

Swojego osiołka nazywałam Badadidadaj. Skąd wyciągnęłam takie imię? Jak je wymyśliłam? Nie wiem, ale chciałabym wierzyć, że Castanieda za tym stoi. J

M. nazywał swojego kotka Diamencikiem.

A Mia reprezentuje zupełnie inny styl. Może mniej magiczny, ale za to odkrywczy w swojej prostocie.

Najpierw musieliśmy się oswoić z konikiem o imieniu Wózek. Zresztą M. złośliwie nazywa go Buzkiem. Tak to jest z dorosłymi. Wszystko strywializują.

Potem pojawił się konik Kaktus.

Tygrys o imieniu Telefon.

A dzisiaj zapoznałam się z sarenką, która nazywa się Soczek.

Siedzę właśnie i zastanawiam się,  czy to banalne, czy oryginalne do szaleństwa. :) Ale podoba mi się bardzo.

 

16:13, zigzac1
Link Komentarze (2) »
wtorek, 27 grudnia 2011
Do czego potrzebna jest mama?


Temat śmierci powraca do nas ciągle. Dzisiaj podczas czytania bajki usłyszałam nagle pytanie:

- Mamo, ale czy jak ja będę dorosła, to ty umrzesz?

Chwilkę pomyślałam i odpowiedziałam.  Że minie jeszcze wiele, wiele czasu i cały ten czas będziemy razem. Ale kiedyś, po wielu latach jednak odejdę, bo wszyscy odchodzimy.

Łkała w moich ramionach chyba godzinę. Szczerym, rozpaczliwym szlochem. Takim trudnym do ukojenia, bolesnym, a ja śpiewałam jej kołysankę i czułam, że dałabym wszystko, żeby móc jej odpowiedzieć  inaczej.

Po długim czasie uspokoiła się i przytuliła Misia.

Jaka jest mądra, myślałam. W jej płaczu był taki odwieczny lęk przed nieuniknioną stratą, który czujemy wszyscy, ale rzadko pozwalamy sobie na jego wyrażanie.

Nie mówiłam jej, żeby się uspokoiła, żeby się nie bała. Bo przecież ten strach jest normalny i nie da się go ominąć.

 

Jakąś godzinę później, podczas turlania się po łóżku znowu popatrzyła na mnie mokrymi oczami.

- Mamusiu, ja chcę żebyś była przy mnie zawsze….. Proszę cię, proszę!!

I znowu łzy. Szczere i wielkie jak grochy.

- Tak bardzo chcesz, żebym przy tobie była skarbie?

Nie ukrywam, że w tym pytaniu była wielka potrzeba usłyszenia, że jestem NAJ. Bo przecież wszystkie Mamy wiedzą, że dzień codzienny to raczej słuchanie, że się jest Blee, Fuj i inne takie.

- Tak mamusiu….Bo jak ciebie nie będzie, to kto mi będzie zakładał buty?

I wszystko jasne. J

Przy okazji chciałam podziękować wszystkim, którzy tak aktywnie pomagają mi rozwijać firmę poprzez telefony, reklamę szeptaną, pomysły spontaniczne i poruszanie gór, które wydają się nie do ruszenia.

Dziękuję Wam naprawdę serdecznie, aż mnie czasem wzruszenie łapie.

 

19:13, zigzac1
Link Komentarze (2) »
piątek, 23 grudnia 2011
To z miłości, Misiu!



Trzyletni Domowy Demon. Kobieta demolka. Klejące Łapy. Panna Nie.

Nic na nią nie działa.

Urlop mieliśmy parę dni temu. Taki urlop udawany, bo ja w pracy na tym urlopie. Ale jednak – miasto nie nasze, kuchni brak. Mieszkalim w hotelu.

Po trzech dniach przestaliśmy na siebie warczeć.

Tego już nie ma. Mój umysł nie pamięta, że dostał wytchnienie. Jestem już tak samo zmęczona jak przed wyjazdem.

Domowy Demon budzi się około trzeciej nad ranem i żąda przenosin do mojego łóżka. Mojego, bo M. jest w stanie alarmu telefonicznego od nie wiadomo kiedy i aby jego sińce pod oczami nie stały się też moimi sińcami, śpi na materacu w innym pokoju. Ale sińce i tak zakaźne, bo trzecia nad ranem.

Pić. Nie to picie. Nie takie. Nie ze słomką. Ze słomką. Ciepłego mleka. Z syropem z alg!

Około piątej zasypia wsadzając mi palec do nosa, a ja już nie zasnę, choćby mnie torturowali.

Do jedzenia – tylko słodycze. Ogórek raczej nie. Skarpetek nie założy. Kapci też nie. Nie podniesie. Nie przyniesie. Nie podejdzie.

Ja chcę. Daj mi. To moje.

Moja biżuteria na podłodze, paluchy na komputerze, dżem na dziobie.

Hardy wyraz.

Rzut ukochanym misiem na odległość.

„Kochanie, ale przecież misiowi chyba przykro, jak nim tak rzucasz?”

Łapka w trąbkę przy buzi i donośne „ To z miłości, Misiu!!”

A tu jeszcze pierogi. Chociaż jako wytchnienie – dają radę.

 

21:44, zigzac1
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 12 grudnia 2011
Pani Nikt


Kiedyś, w dawnym życiu, w moim języku pojawiało się dość często określenie „Normal People”. To byli ci, którzy żyli tym niezrozumiałym, nudnym życiem. Ci, którzy nie spędzali czasu na lotniskach. Którzy przed wyjazdem pakowali się przez kilka dni. Ci, którzy nigdy nie byli na pustyni. Nie śnili aktywnie. Którym otworzenie drzwi nogą mogło sprawiać problem. Normal People.

Normal People pojawiali się w naszych rozmowach w kontekście współczucia. Politowania.

Naszej pychy.

Pomyślałam o tym, bo weszłam na bloga mojej dawnej partnerki scenicznej, która właśnie siedzi w Japonii i czerpie energię ziemi z improwizacji w lesie bambusowym. Jak to przeczytałam, to mnie taki szlag trafił, że mi się słabo zrobiło. Że ona Tam, a ja siedzę Tutaj, zastanawiam się co na obiad i czy pranie już wstawić. Zazdrość mną szarpnęła i nie może sobie pójść. Że ona poszła dalej, a ja... stałam się Panią Nikt? Moje podróże już nie zahaczają o Yokohamę. Jestem mamą i nie płonie we mnie święty ogień powołania twórczego.

Bardzo ciężko jest w sobie zwalczyć stereotyp, który środowisko wykształca w nas z wielką mocą. Że bycie taką Panią Nikt, to najgorsza rzecz, jaka może się wydarzyć. Że dziecko ( jeśli już nieszczęśliwie tak się zdarzy, że jest) musi się dostosować do artystycznego trybu życia. Że świat dzieli się na dwa rodzaje ludzi – gorszych i lepszych.

A poza tym, tak zupełnie szczerze, to zajefajnie jest podróżować po całym świecie i być kimś ważnym, nie?

I jak ktoś mi powie, że siedzenie w domu i gotowanie zup jest lepsze, to nie uwierzę.


Ale zmiany się dokonują i chociaż odpowiedzi nie są proste i jednoznaczne, to jednak musimy ich sobie udzielać.

Przecież dziecko było wywalczone i upragnione. I jest cudowne. Mąż najfajniejszy i bardzo lanserski. A MAJTAJ.PL powstał po to właśnie, żebym nie musiała się wycierać po obcych scenach.

Czyli odpowiedź jest prosta. Chcę mieć jajeczko i zjeść jajeczko. I jestem głęboko nieszczęśliwa, że nie da się tego zrobić. Taki lajf... :)


09:50, zigzac1
Link Komentarze (3) »
sobota, 03 grudnia 2011
Majtaj razem z nami !

Parę dni temu otworzyliśmy oficjalnie naszą Firmę.

Jak wszystko w naszym życiu, Firma powstała gwałtownie i z miłości, a od pomysłu do pierwszego Mei Taia minęły zaledwie dwa miesiące.

Owszem, jesteśmy zmęczeni i pracujemy dużo więcej, ale rozpiera nas też duma. I właśnie dlatego dzielę się z Wami, moi Blogowi Przyjaciele tym

 

Dla tych, którzy są ciekawi i mają ochotę zajrzeć, załączam dla wygody linka.

 

MAJTAJ.PL

 

Zapraszam Was serdecznie i czekam na ewentualne uwagi, bo cały czas usprawniamy i poprawiamy!

17:29, zigzac1
Link Komentarze (1) »
wtorek, 29 listopada 2011
Boli mnie wszystko

Dzisiaj coś się we mnie urwało. A zachciało mi się napisać, bo przeczytałam jednym okiem ( bo drugim śledzę Reksia, którego jednocześnie omawiam) o stereotypie Matki Polki. I takie obraźliwe komentarze pod bezsensownym artykułem.

Ten ciągły gazetowy bełkot. Co kobieta powinna. Co może. Jak sobie radzić z dzieckiem i pracą.

Wałkowane na okrągło.

A we mnie się urwało, bo ja jestem Matką Polką.

Pracuję zawodowo i staram się być świetna w tym co robię.

Otwieram firmę i staram się być świetna.

Jestem mamą i staram się być świetna.

Prowadzę dom. Też się staram.

Powinnam mieć hobby. To się staram.

Poza tym powinnam być oczytana, inteligentna, zadbana i seksowna.

Nawet jak to czytam, to chce mi się płakać.

Że sobie wzięłam za dużo na głowę? To z czego mam zrezygnować? Niepotrzebne skreślić. Jak zrezygnuję z pracy, dowiem się, że jestem kurą domową. Zresztą nie wytrzymam w domu. Pozabijam wszystkich po miesiącu. Z macierzyństwa – za późno. Z seksowności? Z prowadzenia domu? Ha, ha.

Prawda jest taka, że w pracy mimo starań świetna już nie jestem, bo na moją pracę trzeba miejsca w głowie i w życiu. Trzeba mieć potrzebę pracowania, a ja już mam wyłącznie potrzebę przerwy. Jak aktor, nie przymierzając.

Jako mama nie istnieję, bo staram się zawiązać końce wszystkiego i mi nie starcza. Miałam nadzieję, że przedszkole spowoduje, że będzie łatwiej, również emocjonalnie.

Ale Mia choruje tak strasznie, że lekarz dzisiaj definitywnie stwierdził, że przedszkole na razie nie wchodzi w grę. A teraz bez tej chwili na pracę, którą jednak dawało, to i firma nie ma we mnie pracownika.

Seksowność odłożyłam na półkę dawno, chociaż żal gorzki.

Coś mi się urwało, bo nie tak miało być. A jest tylko pęd, chora malutka, brak czasu i złość na życie. Nie tak.

 

16:44, zigzac1
Link Komentarze (3) »
czwartek, 24 listopada 2011
Gdzie jesteś, Babciu?



Kiedy byłam mała, Moja Matka studiowała. Wróciła na uczelnię, kiedy ja miałam 7 miesięcy i od tego czasu opiekowała się mną Babcia.

To była Mama Mamy, Babcia miejscowa. Bo była też Bunia, która mieszkała w innym mieście i była Najukochańsza, Najfajniejsza i Najcudowniejsza. Była taka, bo widywałam ją rzadko i , teraz o tym wiem, nie wychowywała mnie w ogóle.

Bunia po prostu spełniała moje zachcianki i miała dla mnie cierpliwość osoby, która na co dzień z dzieckiem nie przebywa.

Babcia to była inna para kaloszy. Zajmowała się mną na pełen etat, więc nasza relacja nie była aż taka słodka, ale była i tak wspaniała. Babcia to Kuchnia, Zapachy, Ciasto Z Posypką, Śniadanie Z Grzankami Francuskimi. Babcia to wyprawy po zakupy, w trakcie których zjadałyśmy skórkę z całego chleba i piłyśmy mleko przez dziurkę w kapslu.

Jednym słowem Dom.

Babcia nie miała samych dobrych stron. Prawdę mówiąc im jestem starsza, tym bardziej widzę, jakim babcia była ziółkiem. Była samolubna, histeryczna, czasem niezbyt mądra i niezbyt konsekwentna. Słabo mówiła po polsku.Miała dwa tatuaże i farbowała włosy na fioletowo. Jadła kiszone ogórki i popijała je szampanem Igristoje.

Szczerze mówiąc – cała ja.

Ale w ogólnym rozrachunku była wspaniała. Ja w każdym razie kochałam ją bardzo mocno. Z całą świadomością tego, jaka była. Z całą historią jej życia, wojnami, głodem, wielką wędrówką za Wojną Ojczyźnianą przez Azję i Europę.

Z jej „wojennymi” zapasami w przepastnej szafie.

Z jej kanapkami z białym serem posypywanym cukrem nad cukierniczką...

 

Babcia była. Zawsze. Miała czas. Stwarzała dookoła siebie kosmos.

Kiedy Mia się urodziła, wiedziałam, że to co mnie dawała Babcia, jej muszę dać ja.

Ulubione dania, czas, ciepło, pierniczki, śmiesznostki.

Moja Mama nadal pozostaje pracującą i zajętą Mamą. A ponieważ ja też nią jestem, to tak się dzielimy po trochu.

Patrzę na Moją Mamę, która znowu odkłada miłość na później i oczy robią mi się mokre. Bo jest super Babcią, kiedy nią jest. Taką właśnie Babcią marzeń – mądrą, gotującą, bawiącą się w sposób inteligentny, wychowującą. Ale jest taka zajęta, że z trudem znajduje czas, żeby do nas przyjechać z innej dzielnicy. A kiedy już jest, jej telefon dzwoni. I dzwoni. I dzwoni.

Szkoda, bo mimo tego, że życzę Mamie stu lat, wiem, że nie mają tego wspólnego czasu aż tak wiele. I już widzę, że Mia nie będzie wspominać Pierniczków Babci i Grzanek Babci.

Nic się nie da zrobić. Czas Babć odszedł w niepamięć. Niestety.

 

13:44, zigzac1
Link Komentarze (1) »
wtorek, 15 listopada 2011
Co z tym przedszkolem?

 

Jak w każdej pewnie tego rodzaju wypasionej placówce,w naszym przedszkolu dostaliśmy na samym początku Formularz. Taki Formularz to sprytna rzecz. Rodzic czuje, że przedszkole chce wiedzieć i współpracować. Chce wiedzieć, jak dziecko lubi być nazywane, w czym tkwią jego słabości, a w czym jego siła. Czy woli biegać i skakać, czy spokojnie siedzieć w kącie. I czy wszystko z nim zdrowotnie w porządku, bo przecież przedszkole jest po to, żeby zadbać, wiadomo.

Rodzić zachwycony. Wniebowzięty. Formularz wypełnia. Ach, jakie to przedszkole wspaniałe, że tak chce wiedzieć.

 

W naszym formularzu, w rubryczce „Czy Twoje dziecko jest na coś uczulone? Jeśli tak, wpisz na co.”, wpisałam byczymi literami SKAZA BIAŁKOWA.

Po czym jak przyszłam na okres adaptacyjny, to zastałam Mię wchrzaniającą rano miskę mleka...

Poprosiłam. Przeprosili. A potem uznałam, że w tak ważnej sprawie wystarczy raz powiedzieć i zapomniałam.

Trzeba, gwoli przyzwoitości, dodać, że wyglądało na recesję. Ani policzków czerwonych, ani nic. Czasem pupa trochę podrażniona, ale wiadomo – przedszkole. Różnie może być.

A że Mia zaczęła zmieniać się w dobrym kierunku i mimo chwilowych załamań wyglądało na to, że przedszkole jet dobrym pomysłem, cieszyliśmy się bardzo.

Aż do pierwszego ataku choroby, która nadeszła jak zwykła infekcja i była przez wszystkich, łącznie z Wypasionym Pediatrą traktowana dość lekko. Niestety, infekcja przybrała formy niebezpieczne, a kaszel przybrał formę duszenia się. Wypasiony Pediatra niespecjalnie zareagował, więc zareagowaliśmy my i zmieniliśmy Pediatrę.

Nowa Pani Pediatra dziecko nam odrobaczyła i zaczęła leczyć na alergię. I dziecko odżyło. Po lekach przestało się najpierw dusić, a potem nawet kaszleć. Potem nabrało wilczego apetytu i urosło jak brzoza. A potem wyzdrowiało. Trwało to wszystko strasznie długo. Prawie dwa miesiące sterydów, inhalacji, antybiotyków i maści oraz płynów w rurkach. Ale mimo ewidentnego udręczenia pacjentki, daliśmy rade.

Pewnego dnia nasza Pani Doktor przybyła i napisała karteczkę, że Może Iść Do Przedszkola.

Już wcześniej dzwoniłam i informowałam, że nawrót, że nie oskarżam ich o nic, bo sama nie wyczułam, ale proszę bardzo o przestrzeganie diety. Wysłałam przepisy. Prosiłam, żeby zamiast mleka nie dawali dziecku rozgotowanego ryżu. Podałam miejsca, gdzie kupić. Dałam linka do mojego bloga z przepisami.

Wyglądało no to, że się przejęli. Dzwonili w sprawie zakupów.

W czwartek przyszła z buzią, która wyglądała jak poparzona. I powiedziała, że żółty serek był bardzo smaczny. I że przeprasza... A w piątek zaczęła kasłać. Tym takim strasznym, duszącym kaszlem, od słuchania którego mnie i M. bolało całe ciało. W sobotę siedziała już przed telewizorem wdychając przez rurkę sterydy....

Nie wiem. Chęć zemsty walczy we mnie z przerażeniem. Chęć zemsty na przedszkolu z przerażeniem tym, co będzie dalej. I to nie tylko z przedszkolem. Ale z całym życiem.

21:32, zigzac1
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 37